Francję najlepiej się nie „zalicza”, tylko sączy – łyk po łyku, jak poranną kawę, która stygnie, bo przysiadłeś w słońcu. Ta pętla na siedem dni wychodzi z Paryża, skręca ku Normandii, łapie bryzę w Bretanii, a potem spokojnie wraca przez aksamitną dolinę Loary. Plan jest dla tych, którzy lubią niespieszne poranki, piekarnie przy szosie i nagłe postoje, bo gdzieś za winklem mignęła kaplica albo pole w ostatnim świetle dnia. Do czterech kółek podejdź praktycznie: sprawdź wynajmu samochodu i zdecyduj, czy odbiór w mieście czy na lotnisku bardziej ci pasuje. A zanim odpalimy silnik, wyobraź to sobie: bagażnik z miejscem na piknik, złożona mapa w drzwiach, playl wynajmu samochoduista bez zadęcia. Jedziemy? 🚗
Dzień 1 — Paryż → Rouen i Honfleur: światło rzeki, szachulcowe fasady, powiew soli

Poranek w Paryżu brzmi stukiem kroków o kamień. Złap rogalika, co kruszy się jak świeży śnieg, i ruszaj w stronę Rouen. Droga przytula się do Sekwany; światło – zwłaszcza w chłodny dzień – kładzie się na pejzażu jak cienki jedwabny szal. Katedra w Rouen wyrasta blado i trochę nierealnie, a z bliska jej fasada to kamienna koronka. Zgub mapę na pół godziny. Powąchaj masło z naleśnikarni, posłuchaj brzęku filiżanek. Nie chodzi o odhaczanie, tylko o rytm, który pasuje do twoich kroków.
Po południu przeciągnij do Honfleur. Vieux Bassin to akwarela w ruchu: kołyszące się łódki, okiennice w przygaszonych zielono-niebieskich tonach, mewy o nienajlepszych manierach przy stole.
Przy okazji, parę praktycznych spraw warto mieć pod ręką już pierwszego dnia. Ta mini-tabela działa jak ściąga w schowku – nie wszystko, ale to, co sprawdzasz, kiedy jesteś głodny albo lekko zagubiony.
| Co | Jak to działa | Szybka uwaga |
| Autostradowe bramki | Bilet przy wjeździe, płatność przy wyjeździe; karta działa w większości punktów | Miej drobne na awaryjnie |
| Paliwo | E10 = benzyna, Gazole = diesel | Stacje przy miasteczkach bywają tańsze |
| Znaki | Niebieskie = autostrada, zielone = droga główna | „Toutes directions” to mały reset |
| Parkowanie | Szukaj garaży „Centre Ville” blisko starówek | Uspokój oddech – znaki bywają kapryśne |
Dzień 2 — Étretat i wybrzeże D-Day: białe klify, szerokie plaże, długie cienie

Poranne Étretat to kreda, chmury i zaskoczenie. Łuki w klifach wyglądają jak rzeźba kogoś z talentem do dramaturgii; mewy przecinają powietrze jak przecinki w długim zdaniu. Wejdź na trawiastą ścieżkę po pocztówkowy widok – krótko, nogi się budzą, warto. Kawa o posmaku morskiej bryzy? Brzmi dziwnie, a pasuje.
Potem zachód – plaże lądowania. Omaha, Utah – wybierz jedną, idź powoli, podziękuj wiatrowi szeptem. Piasek jest prostolinijny, a upamiętnienia mówią spokojnie. Masz cierpliwość? Zajrzyj do Bayeux: gobelin to średniowieczny komiks, ale najpiękniejsze są uliczki – miodowy kamień, równe okiennice, zapach piekarni, który idzie za tobą jak kot. Mała bistro? Ryba dnia i pognieciona mapa, której nie musisz rozkładać.
A jeśli chcesz plan rozwinąć szerzej, praktyczne inspiracje i trasy krok po kroku znajdziesz w dobrym źródle – polecam przewodnik turystyczny po Francji. Sprawdza się, gdy trzeba szybko zestawić „co, gdzie, kiedy”.
Dzień 3 — Mont-Saint-Michel i Saint-Malo: wyspa jak sen, granitowe mury

Mont-Saint-Michel wydaje się niemożliwy, dopóki nie wejdziesz na groblę. Opactwo wspina się spiralą schodów i modlitw, dzwony niosą się na wietrze, a po placu falują ludzie. Zatrzymaj się w cieniu muru – kamienie pamiętają więcej niż my. Tylko uważaj na pływy, żartów nie znają; potrafią przyspieszyć jak ktoś, kto spóźnił się na pociąg.
Po lunchu Saint-Malo zmienia klimat. Bastiony to czysta pewność siebie, miasto jest jak dziennik kapitana pisany równym pismem. Przespaceruj się po murach, policz żaglówki, posłuchaj skrzypienia masztów. Kęs kouign-amann – masło błyszczy i śpiewa. Spadł deszcz? Nie grymaś – mokry granit pachnie wspomnieniem, którego jeszcze nie masz.
Dzień 4 — W głąb kraju do Loary: ogrody, światło na rzece, dwa–trzy zamki

Kręć kierownicą na południowy wschód. Krajobraz mięknie: żywopłoty, senne krowy, wioski, które noszą okiennice jak odświętne marynarki. Loara jest szeroką wstęgą, a miasteczka nawleczone są na nią jak paciorki. Lubisz wino i mury obronne? Angers albo Saumur. Chcesz bruk i widok, przy którym stajesz na murze i lekko rozchylasz usta? Amboise. A Chenonceau? Jak sen rozpięty nad Cher – łuki odbite w zielonej wodzie i nagle twoje zdjęcia wyglądają lepiej niż zwykle.
Pomiędzy zamkami kieruj się apetytem, nie tabelką. Zobacz jeden, ewentualnie dwa. Potem przystań. Piknik nad rzeką: kozi ser z nutą łąki, truskawki, które barwią palce, bagietka, co trzaska przy łamaniu. To dzień, w którym uczysz się sztuki „robić mniej z premedytacją”. I ciało to czuje – ramiona opadają, tempo łagodnieje.
Dzień 5 — Villandry → Tours i Vouvray: ogrody jak szachownice, kieliszki ze złotą obwódką
Poranek w Villandry to lekcja geometrii, którą wreszcie chcesz odrobić. Precyzyjne żywopłoty, kolory jak paleta malarza, porządek, który nie nuży. Przejdź raz i jeszcze raz – światło zmienia wszystko. Do Tours wpada się na lunch: gwarne place, sznur kawiarnianych stolików, talerze stukające w rytmie „jesteś dokładnie na czas”.
A potem Vouvray. Nawet jeśli „nie znasz się na winie”, znasz słońce – tutejsze biele smakują jak jego czysta, jabłkowa strużka. Wstąp do jaskini na degustację, zadawaj proste pytania. Odpowiedzi bywają metaforą i uśmiechem – to zaraźliwe. Jeśli trzymasz grafik luźno, jeszcze zdążysz na późny przejazd bocznymi drogami, gdzie maki tańczą w rowach jak konfetti w trawie.
Dzień 6 — Blois → Chartres: nadrzeczne miasteczka, katedry i komfort powolnej drogi

Blois to kąty, schody i dachy w rozmowie. Przespaceruj się starówką i policz kominy. Potem wyjedź na departamentówki – drogi, które zszywają pola i sady. Tutejsza życzliwość nie jest głośna: machnięcie ręką od rowerzysty, skinienie sklepikarza układającego morele jedna przy drugiej. Zatrzymaj się przy targu – garść czereśni i dziecięca satysfakcja, że brudzisz usta w lipcu.
Chartres czeka w ciszy. Witraże katedry to nocne niebo zatrzymane w szkle – chłodny błękit, gwiazdy przypięte jak ostrożne myśli. Usiądź na chwilę w ławie. Nie z pobożności, raczej żeby być. A potem wyjdź z powrotem w zwykły hałas i zobacz, że nie kasuje on spokoju, który niesiesz. Chyba o to chodzi w podróży – o warstwy, które zostają.
Dzień 7 — Lasy Rambouillet → Paryż: ostatnie zakręty, ostatnie okruszki, znów miasto

Wybierz miękki powrót. Leśne drogi Rambouillet to zielone tunele; słońce miga na desce rozdzielczej, ptaki stawiają krótkie nawiasy dźwięku. Zatrzymaj się rozprostować nogi, wciągnij żywicę, wilgotną ziemię i odrobinę mchu. To przeciwieństwo bulwaru, a jednak czujesz, jak miasto delikatnie ciągnie – obiecuje dobrą kawę i świeżą koszulę.
Popołudniu znów Paryż. Tak, ruch uliczny to tu pełnoprawna postać i ma swoje humory. Noś cierpliwość jak miętówkę w kieszeni – przydaje się w kluczowym momencie. Jeśli oddajesz auto przy dworcu albo na lotnisku, dorzuć kilka minut zapasu; garaże bywają labiryntami. Pomachaj swojej czterokołowej towarzyszce i zachowaj tę irracjonalną czułość, którą mamy do samochodu, co zawiózł nas nad morze i z powrotem.
Jak „smakuje” ta trasa
Przejedziesz tyle, by poczuć lekką nomadyczność, ale nie na tyle, by wszystko zlało się w smugę. Północny łuk Francji hojnie nagradza mały wysiłek: kręte drogi idące za wodą, miasteczka nie do końca wierzące w kąty proste, piekarnie otwierane wcześnie i zamykane, kiedy mają ochotę. Zobaczysz kredowe klify, płaskie rozlewiska rzek, poczujesz zapach odpływu i nagrzanego kamienia. Jednak stałą pozostaje mały rytuał postoju – kawa, rzut oka wokół, uśmiech, dalej.
Objazdy? Pewnie. Skok do Deauville po odrobinę nadmorskiego połysku. Przeciągnięcie do Dinan dla średniowiecznych marzeń. Popołudniowa pętla przez maleńkie wioski winiarskie, gdzie drogowskazy wyglądają jak sekrety. Nie wszystko złapiesz – i bardzo dobrze; to plan na powrót. A w torbie zostaw miejsce na coś lnianego, coś słonego i książkę, którą niby „kupiłeś na pociąg”, chociaż przez cały tydzień jechałeś autem.
Jak utrzymać lekkość (i radość) wyprawy

- Pakuj się miękko. Torby z materiału wsuwają się pod półkę bagażową, walizki fukają.
- Dwie aplikacje i papierowa mapa. Gdy sygnał znika, papier się nie obraża.
- Startuj wcześnie, ląduj wcześnie. Miasta o poranku, wioski przed kolacją – parkingi lubią ten rytm.
- Jedz jak dorosłe dziecko. Owoce z targu, ciastka do kawy, długie lunche, kiedy droga krótka.
- Zostaw białe pole w planie. Pół dnia bez planu – wypełnij tym, co ładnie pachnie.
Co opowiesz sobie później
Zapamiętasz wiatr na klifach Étretat, który smakował trochę jak chmura. Chłodny błękit Chartres, jak jezioro pod gwiazdami. Słodycz truskawki zjedzonej nad rzeką, gdy nogi dyndają nad wodą, a sznurówki muskają liście. Zapamiętasz zły skręt, który dał lepszy widok. To, że jazda zmniejsza Francję, a postoje znów ją powiększają. A jeśli ktoś zapyta „jak to najlepiej zrobić?”, wzruszysz ramionami: wybierz jedną linię na mapie, przez dwa dni trzymaj morze po lewej, przez dwa kolejne rzekę po prawej, a między nimi podążaj za zapachem pieczywa. Reszta to już tylko historie i okruszki 🥐.





